WIELKIE SPRZĄTANIE

Dawniej nasze babcie, a także niektóre mamy nie pracujące zawodowo, czyli tzw. gospodynie domowe, urządzały minimum dwa razy do roku wielkie sprzątanie — na wiosnę, przed Wielkanocą i u progu zimy, przed Bożym Narodzeniem. Wtedy cały dom poruszony był w posadach; następowało przesuwanie mebli, wynoszenie i trzepanie pościeli, chodników, kilimów, dywanów, materaców, foteli i odzieży. Mieszkanie świeciło przez kilka dni gołymi Ścianami i podłogą, sprzęty pozbawiono ićh stałego miejsca. Pani domu była przemęczona, a więc — w złym humorze. Zresztą to „trzęsienie ziemi” źle działało nie tylko na jej nerwy. Mąż i dzieci chętnie uciekali z domu. Trwało to przynajmniej tydzień. Czy nie była to zbyt wysoka cena płacona przez wszystkich domowników za przyszły blask? Tak było. A jak jest teraz, kiedy większość pań pracuje zawodowo? Staramy się je przekonywać, żeby nie robiły generalnych porządków, a raczej dążyły do tego, aby w domu stale było czysto i porządnie. Teoretycznie jest to możliwe. Ale ciągły pośpiech i nieustanny brak czasu powodują to, że sprząta się „po łebkach”, upycha często w pośpiechu różne rzeczy, aby nie leżały na wierzchu. Wreszcie kiedyś trzeba to posprzątać. Dlatego tak trudno jest przekonać panie, aby zrezygnowały z tzw. wielkich porządków, a ściślej mówiąc — z wielkich porządków przedświątecznych, dzięki którym w ciągu kilku dni tak korzystnie odmienia się mieszkanie. Jest więc chyba w tych porządkach i coś z tradycji, i wewnętrzna potrzeba zmiany, jeżeli, nie licząc się z własnymi siłami, sytuacją domową ani argumentami najbliższych, kobiety skazują się na udrękę i ciężką kilkudniową harówkę.