Tak naprawdę byłem dumny z moich synów jako z ludzi

Jak zapewne sobie przypominacie, Jonathan i Timmy to nasza „druga rodzina”, pojawili się bowiem wśród nas w ponad 15 lat po pierwszej czwórce naszych dzieci. Podobnie postępowaliśmy i wobec tych starszych. Dick, Dave i Jeff doskonale biegali na długich dystansach jeszcze w szkole średniej, a potem na uczelni. Mój gabinet przypominał biuro prezesa klubu sportowego – górne półki zapełnione były trofeami sportowymi. Wszyscy moi goście widzieli, że szczyciłem się sportowymi osiągnięciami moich dzieci. Przygodnym gościom trudno byłoby jednak wytłumaczyć, że tak naprawdę byłem dumny z moich synów jako z ludzi. Nie musieli wprzęgać się w kierat sukcesu, mieć dobrych wyników i zwyciężać, by zyskać sobie w ten sposób moją akceptację. Muszę tu dodać, że moja jedyna córka Kimmy jest sama swojego rodzaju trofeum. To tatusiowa „mała księżniczka”, chociaż jest już teraz dojrzałą i piękną „córką króla” oraz matką trojga dzieci (patrz Księga Przysłów 31,29).
Włożyłem wiele pracy w wytłumaczenie dzieciom, na czym polega różnica pomiędzy rywalizacją a zazdrością wśród rodzeństwa. Rywalizacja w rodzeństwie jest czymś naturalnym. Jest podstawą ich ciągłego współzawodnictwa. Zazdrość wśród rodzeństwa prowadzi do konkurowania przeciwko sobie. Jedno z dzieci stara się poniżyć drugie, by wypaść na jego tle lepiej. Może dojść do podjęcia gry na zasadzie ,ja jestem w porządku, ale ty nie” i takie współzawodniczenie jest najgorsze z możliwych. Adoptując Timmy’ego, bardzo martwiliśmy się, jak przyjmie go Jonathan. Urodził się, gdy ostatnie, poprzednie nasze dziecko, syn Jeff miał już 16 lat. Toteż Jonathan pod wieloma względami przypominał jedynaka, tym bardziej że pozostałe starsze rodzeństwo opuściło już dom. Był naszym „następcą tronu” i obawialiśmy się, że może okazywać zazdrość wobec wszystkich pretendentów do jego „królestwa”. Nasze obawy okazały się jednak bezpodstawne.