Jak teologia nabrała rumieńców

W szesnaście lat po narodzinach naszego czwartego dziecka, gdy miałem już ponad 40 lat, pojawił się Jonathan. Był to dość niezwykły chłopczyk, „wcześniak”, w chwili przyjścia na świat ważył niewiele ponad 2 kg. W takich sytuacjach zwykło się mawiać, że powoływanie na świat kolejnego dziecka, gdy ma się ponad czterdziestkę, to wpadka, albo w najlepszym przypadku „nie planowane błogosławieństwo”. Wolę jednak sądzić, że to Bóg zesłał nam Jonathana, abyśmy mogli doświadczyć wychowania dziecka od maleńkości jako rodzice chrześcijańscy.
Gdy przywieźliśmy Jonathana ze szpitala do domu, co noc wchodziłem do jego pokoju, spoglądałem na jego kołyskę i zachwycałem się nim. Tak musiał się chyba czuć Abraham, gdy u schyłku jego lat narodził się Izaak. „Jest mój – mówiłem. – Patrzcie tylko na tego malca. Na jego jasne włoski. Jest mój, dzięki Tobie, Boże.”  Powtarzało się to co noc, przez tygodnie, miesiące i lata aż po szósty rok jego życia. Jonathan był naszym małym „następcą tronu”.